Soul Hunter
W czasach, gdy publiczna telewizja polska oferowała wygłodniałym fanom anime bardzo nieliczne pozycje skierowane do odbiorcy starszego niż 7 lat, każdy kolejny emitowany tytuł zyskiwał rzeszę oddanych fanów. Tak też było z Łowcą Dusz (Houshin Engi), chyba najpoważniejszym i zawierającym najbardziej skomplikowaną fabułę tytułem spośród japońskich seriali serwowanych nam niegdyś przez RTL7. Sięgając po tę serię po wielu latach od jej emisji w telewizji, miałam poważne obawy, jak to, co z sentymentem wspominałam, odbiorę teraz, gdy moje obycie ze światem anime jest daleko większe niż w czasach, gdy z Łowcą Dusz zetknęłam się po raz pierwszy.
Fabuła mangi (której ekranizacją jest opisywane anime) jest luźną adaptacją zbioru opowiadań autorstwa Tsutomu Ano, opierającego się z kolei na chińskiej powieści zatytułowanej Feng Shen Yan Yi, pochodzącej prawdopodobnie z XVI wieku naszej ery (w każdym razie z czasów dynastii Ming). Powieść ta jest kompilacją legend i podań traktujących o upadku dynastii Shang i ustanowieniu dynastii Zhou na tle wydarzeń rozgrywających się w świecie Nieśmiertelnych, czynnie ingerujących w życie ludzi. Tym też można tłumaczyć zawiłość i wielowątkowość anime, a także ogromną mnogość postaci pojawiających się na ekranie. Fabuła skupia się wokół wątku Taikoubou, młodego (stosunkowo) Nieśmiertelnego, któremu powierzone zostaje zadanie eksterminacji 365 osób naruszających porządek świata – projekt Houshin Engi (Łowca Dusz). A warto zaznaczyć, że porządek świata właśnie uległ niebezpiecznemu zachwianiu. Serce Zhou, cesarza z dynastii Yin, do tej pory nienagannie wywiązującego się ze swoich powinności wobec ludu, zostało bowiem podbite przez piękną Dakki (notabene jedną z Nieśmiertelnych), która okręciła sobie władcę wokół palca i zaczęła popychać go do nagannych i egoistycznych czynów. Nic dziwnego, że podlegli mu lordowie oraz pałacowi dostojnicy coraz bardziej krytycznie patrzą na jego poczynania – wszelkie głosy sprzeciwu kończą się jednak tragicznie dla osób, które w jakikolwiek sposób ośmieliły się uchybić cesarzowi bądź jego nowej kochance. W sytuacji, gdy kraj staje u progu wojny domowej, interwencja nadprzyrodzonych istot z Góry Konron zdaje się być całkowicie usprawiedliwiona… A może jednak nie?
Powyższy akapit jest pobieżnym przedstawieniem tylko niewielkiej części wątków pojawiających się w anime – postaci, zwłaszcza tych biorących udział w politycznych intrygach, jest tu bowiem bardzo dużo i każda z nich ma swoje motywy, osobowość i historię. Niestety nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie oglądam jednego anime, lecz kilka zmieszanych w przypadkowy sposób, odrębnych historii, różniących się drastycznie klimatem. Podczas gdy skomplikowane i krwawe wątki wojenno-polityczne utrzymane są w bardzo poważnym tonie, przygody głównego bohatera i jego towarzyszy sprawiają wrażenie wyjętych z pierwszego lepszego shounen, w dodatku takiego z nienajwyższej półki. Taikoubou to klasyczny wręcz główny bohater z gatunku „obibok o złotym sercu”, mamy też tradycyjny motyw zbierania drużyny i kolekcjonowania fantów (w tym przypadku: dusz złych demonów), a wszystko to w klimacie komediowej przygodówki. Nie zabrakło nawet drużynowej maskotki, duchowego zwierzęcia wyglądającego na pierwszy rzut oka (na drugi zresztą też) jak latający gadający hipopotam. Oczywiście im dalej, tym bardziej dramatyczne wydarzenia rozgrywające się w Państwie Środka wpływają na poczynania głównych bohaterów, ale prowadzi to głównie do jeszcze większych skoków nastroju pomiędzy tragizmem a komizmem. Muszę przyznać, że całkowity brak wyważenia bardzo wpłynął na mój odbiór tego anime i jest chyba najpoważniejszą jego wadą – tym bardziej, że dramatyczne sceny mają czasem tendencję do przekraczania granic dobrego smaku w kwestii chwytów mających na celu wzruszenie widza. Z drugiej strony jednak fabuła naprawdę potrafi przykuć do ekranu, jest przy tym dość spójna (choć wiele wątków pozostaje niewyjaśnionych lub nierozwiązanych), a wielkie nagromadzenie nawiązań do mitologii chińskiej z pewnością może stanowić gratkę dla osób, które lubią takie nawiązania tropić.
Od strony technicznej anime przedstawia się typowo dla klasy średniej końca lat 90. Projekty postaci wiele osób mogą razić – twarze narysowane są w neutralnym, klasycznym animowym stylu, ale już bardzo udziwnione stroje stanowczo ignorują wszelkie prawa fizyki (bądź też mają wbudowany sztywny szkielet), gdyż ich elementy sterczą w rozmaitych kierunkach. Same postacie charakteryzują się natomiast znacznym przerostem stóp. Tła, choć z reguły ładnie zaprojektowane, nie są zbyt szczegółowe, w oczy rzuca się także niezbyt udane zastosowanie renderingu komputerowego w animacji niektórych przedmiotów. Na uwagę zasługuje natomiast zdecydowanie lepsza niż przeciętna muzyka, zarówno ta pobrzmiewająca w tle, jak i przede wszystkim wyjątkowo wpadająca w ucho piosenka openingowa (Will wykonywany przez Chihiro Yonekurę).
Pomimo licznych wad Łowca Dusz wciąż jest pozycją interesującą, zwłaszcza dla osób zafascynowanych kulturą Dalekiego Wschodu – należy jednak przygotować się na gwałtowne zmiany nastroju i wątki zaczerpnięte wprost z przygodówek dla młodych widzów. Czy warto obejrzeć? Ci, którzy niegdyś oglądali Łowcę Dusz w telewizji polskiej, z pewnością powróciliby do świata fikcyjnych starożytnych Chin z sentymentem. Pozostałym nie mogę jednoznacznie polecić, ale też nie odradzam – wydaje mi się, że mimo wszystko warto zapoznać się z tą pozycją i wyrobić sobie o niej własną opinię.