Wróć   Sdcv.pl - Forum komputerowe > Forum dla kobiet > Gdy dusza mówi, a serce płacze


Gdy dusza mówi, a serce płacze Nasza nieokiełznana twórczość czyli piękno w różnej postaci.



 
Narzędzia wątku
Stare 17-06-09, 20:05   #1
Red_kate
Legenda sDcV
 
Awatar Red_kate
 
Dołączył: Oct 2008
Skąd: Łódź/ Zgierz
Posty: 319
Rozdane podziękowania: 184
Podziękowano mu 69 razy
Siła reputacji: 59
Red_kate Red_kate Red_kate Red_kate

Awards Showcase

Domyślnie Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

W tym temacie dziewczyny mamy nadzieje ze podzielicie sie z nami swoimi opowiadaniami nowelkami esejami czyli prozą która wyszła spod waszego pióra;-)

Ostatnio edytowane przez Red_kate ; 17-06-09 o 20:38
Red_kate jest offline  
Stare 20-12-09, 20:27   #2
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Chętnie się podzielę

***BAJKA***

Dzień był słoneczny, ale nie gorący w sam raz na spokojne wędkowanie. Spławik lekko tańczył na wodzie kołysany drobną falą. Wtem zapadł w wodę raz, wychynął i zapadł powtórnie. Wędkarz zaciął i powoli zaczął wyciągać swoją zdobycz. Jest. Rybka była nieduża, ale wyjątkowo piękna, złote łuski migotały w słońcu, ogon ozdobiony długim welonem trzepotał.
- Puść mnie dobry człowieku – odezwała się rybka ludzkim głosem – Jestem Złotą Rybką i spełnię twoje trzy życzenia, tylko daruj mi życie.
- Złota Rybka – wędkarz wyglądał na zaskoczonego – piłem co prawda wczoraj, ale niedużo, kaca nie mam, żadne białe myszki mi się nie śniły więc może to jest jawa?
- Puść mnie, jestem mała, oścista, nie najesz się, nie posmakujesz, a mogę ci dużo dać, jeśli mnie wypuścisz – nalegała Rybka – pałac masz?
- Mam, duży i okolony pięknym ogrodem, mam i basen, jeden na zewnątrz w pawilonie, drugi w domu.
- To może samochód – zaproponowała Rybka – Wybierz sobie markę, rocznik, kolor, co tylko ci się podoba.
- Mam, jeden służbowy, drugi prywatny, obydwa wypasione, na co mi trzeci – zasępił się wędkarz.
- Podróże zagraniczne – zasugerowała Rybka – zwiedzisz cały świat, mam takie możliwości.
- Wszędzie już byłem, podróże służbowe są zawsze takie same, najpierw samolot, potem protokół, wieczorem bankiet i panienki, rano kac, na koniec samolot, człowiek nawet nie pamięta dokąd poleciał.
- Dam ci piękną żonę – podsunęła Rybka – Wolisz brunetki, blondynki, może rude? – zainteresowała się uprzejmie.
- Mam, i żonę i dwie kochanki, żona nie najmłodsza, ale kochanki piękne, nastoletnie, a jak potrzeba to mi chłopcy z agencji jakąś egzotyczną przywiozą.
- To może chcesz władzy? – pytała dalej Rybka – Wpływów, powiązań, układów?
- Też mam, tu sprawuję, tam zasiadam, jeszcze piastuję i jestem nominowany. Na brak koneksji i powiązań nie mogę narzekać. I władzę też mam niemałą, jak myślisz, dom, samochody, konto w banku to z czego? Nawet ci z Pruszkowa i Wołomina mają mnie za swojaka.
- To może odmienię twój wygląd i odejmę ci lat? – Rybce powoli zaczynało brakować pomysłów.
- Nie, lepiej nie, ludzie mnie znają i poznają, jak mnie zmienisz to nic nie będę mógł załatwić – Wędkarz nie był zachwycony.
- To sam coś zaproponuj – Rybka wyraźnie straciła cierpliwość – Wymyśl coś, co chcesz mieć, tylko szybko, trochę mi się spieszy, nie jesteś jedyny, a ja sama na wszystkie morza, oceany, ba nawet rzeki i jeziora, więc się z łaski swojej, pospiesz.
- Już się nawet zapisałem w podróż kosmiczną – zadumał się wędkarz – mam małe, prywatne muzeum, własny helikopter, całodobową ochronę, służbę na każde zawołanie – Czego mógłbym jeszcze potrzebować?
- Szybciej – ponaglała Rybka – już dawno wypluła haczyk i wyraźnie zniecierpliwiona czekała na decyzję.
- Mam – wykrzyknął uradowany wędkarz – Wiem, czego chcę – Tak dawno nie czułem co to zapomnieć o wszystkim, być uczciwym człowiekiem chociaż 5.....
Nie dokończył. Błysnęło, huknęło, brzeg na chwilę spowiła mgła, w której coś złotego zalśniło i z pluskiem wpadło do wody. Potem mgła się rozwiała.
Na brzegu stał człowiek. Był niemłody. Stary płaszcz okrywał wątłą sylwetkę w znoszonym, niemodnym garniturze. Czarny, skrzydlaty kapelusz chwiał się na długich, posiwiałych włosach. Ale mężczyzna się uśmiechał. Alzhaimer, który od dawna pustoszył mu mózg, wywołał na jego twarzy uśmiech szczęśliwej niewiedzy, lub jeszcze szczęśliwszego zapomnienia.
Z piskiem opon podjechał radiowóz. Prowadził młody sierżant. Chłopcy w niebieskich mundurach wysypali się z samochodu.
- Ostrożnie chłopcy, z takimi trzeba bardzo ostrożnie – sierżant był po odpowiednim szkoleniu - A swoją drogą to już piąty w tym tygodniu, i w tym samym miejscu, czary jakie, czy co?

pozdrawiam Whitch
Whitch jest offline  
Stare 27-12-09, 19:55   #3
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

I dorzucę coś jeszcze

***BAJKA***

Las powoli budził się do życia. Świtało. Pierwsze promienie słoneczne przesączały się przez gęstwinę konarów wyławiając z mroku jeszcze nie całkiem pożółkłe liście. Na chwilę rozbłysły kropelki rosy nanizane na pajęcze nitki, zatrzepotał ptak, przemknęła wiewiórka. Światła było coraz więcej. Dotarło już do podłoża. Oświetliło potok i przycupniętą przy nim grupę rydzów o zamaszystych kapeluszach. Nieopodal widać było wyraźnie podgrzybki, o trzonach całkowicie zanurzonych w mchu, kolonię opieńków przytulonych do zmurszałego pniaka i całą rodzinę żółciutkich kurek. Na pobliskiej ścieżce gąski otrząsały się z piasku, a muchomory tworzyły wśród drzew nieregularne zgromadzenia. Na koniec oświetliło osobliwą grupę. Przy zwalonym drzewie rosły w nietypowym dla siebie układzie: borowik szlachetny, brązowo –żółty z pękatym korzeniem, nachylony nieco w stronę sąsiada z prawej strony. Sąsiadem był młody koźlak, obok niego wysmukła kania wdzięcznie pochylała kapelusz. Z lewej strony borowika rozpychał się dorodny muchomor niewiele miejsca zostawiając okrągłej purchawce.
- Otwieram zgromadzenie - borowik odezwał się pierwszy – i nie muszę chyba przypominać, że obowiązuje nas wszystkich dyscyplina. Mamy dzisiaj bardzo wiele pracy i na koniec głosowanie. Proponuję abyśmy skrócili nasze wystąpienia do maksimum 3 minut, co pozwoli wypowiedzieć się wszystkim.
- Ja w sprawie formalnej - muchomor miał donośny głos – jako patriota chciałbym abyśmy podnieśli kwestię dyskryminowanej mniejszości – nie zdążył dokończyć
- Pański cały patriotyzm to białe na czerwonym – zgryźliwie przerwała mu olszówka – zajmijmy się raczej sprawą priorytetów dla grzybów blaszkowatych, jesteśmy w większości.
- Cisza, proszę o ciszę – borowik próbował utrzymać porządek – proszę się zapisywać do dyskusji, lista jest u kani.
- Ja też w kwestii formalnej – rydz mówił spokojnym, smutnym głosem – jesteśmy na wyginięciu i trzeba dla nas ustanowić specjalne strefy ochronne
- Ależ proszę państwa – borowik wyraźnie zaczął się denerwować – mamy omawiać dzisiaj sprawy całego lasu, a nie partykularne interesy poszczególnych ugrupowań.
- Ja jestem za – wołała gąska z przejęciem, aż się jej zielony kapelusik przekrzywił – mówmy o sprawach nas wszystkich, po to tu jesteśmy
- Właśnie, właśnie – wszyscy to również dyskryminowana mniejszość – włączył się ponownie do dyskusji muchomor – ja jeszcze raz w kwestii formalnej……

Coś nieznośnie uwierało go w lewy bok tuż pod żebrami i to dominujące uczucie niewygody obudziło go nie tyle gwałtownie, co ostatecznie. Usiadł i przypomniawszy sobie nagle, po co tu jest, wyciągnął rękę i nacisnął przycisk. W samą porę – pomyślał widząc kolorowe cyferki zapalające się na tablicy świetlnej, - to musi być moje poczucie obowiązku – ta pochwała samego siebie sprawiła mu przyjemność. Rozejrzał się już całkiem przytomnie.
- Zastanawiające, co też tak boleśnie mogło mnie uwierać - a nie znalazłszy wytłumaczenia usadowił się wygodniej w fotelu.

Las powoli budził się do życia. Świtało. Pierwsze promienie słoneczne przesączały się przez gęstwinę konarów wyławiając z mroku jeszcze nie całkiem pożółkłe liście.


Mam tego jeszcze trochę, również większe formy, chętnie się podzielę
Whitch jest offline  
Stare 09-01-10, 19:57   #4
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Nie wiem, czy Wam się podoba, to co piszę, ale jeszcze coś, z mojej przepastnej szuflady

***BAJKA***

Żółtawe światło lampy oświetlało podręczny stolik do kawy, stojące na nim dwie porcelanowe filiżanki, dzbanuszek ze śmietanką i pękatą cukiernicę. Obejmowało również postacie mężczyzn, siedzących po obydwu stronach stolika. Po lewej tkwił osobnik o bardzo sumiastych wąsach, które wyglądały na sztuczne, po prawej zaś facet, na którego łysej czaszce połyskiwało odbite światło.
- Czemu przypisać mam zaszczyt? – zagaił Łysy – Co też sprowadza szanownego kolegę w moje progi i to o tak późnej porze? Czyżby ta sprawa nie mogła poczekać do jutra?
- Sam Pan wie najlepiej, że tego rodzaju sprawy nigdy nie mogą poczekać, zwłaszcza do jutra, a najlepiej jak się je załatwia i o późnej porze, i w cztery oczy - wyjaśnił Wąsaty – Myślę, że jako człowiek inteligentny doskonale Pan wie po, co przyszedłem.
- A jeśli nawet się nie domyślam?
- Chętnie wyjaśnię – Wąsaty zdawał się emanować cierpliwością – Trzeba pomóc koledze rozkręcić interes, a do tego trzeba przepchnąć coś przez coś, żeby kolega miał łatwiej.
- Pan mówi bardzo enigmatycznie, czy Pan się boi podsłuchu? – zdziwił się uprzejmie Łysy – Podsłuch u mnie? Pan wie, że to niemożliwe.
- U mnie też niemożliwe, zostałem bardzo dokładnie przeszukany przed wejściem.
- Cóż, taka służba, za to im płacą, ale wróćmy do sprawy – Łysy był nadal uprzejmy – Pan przyszedł z czymś konkretnym.
- Kolega nie chce za darmo – na stoliku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiła się koperta – Myślę że jest Pan właściwą osobą - Wąsaty grał w otwarte karty – Jest Pan znany, ma Pan ogromne wpływy, jedno Pana słowo...
- Stanie się ciałem? – przerwał mu Łysy – tak bardzo Pan we mnie wierzy?
- Jest Pan osobą publiczną, wszyscy się liczą z Pana zdaniem i opinią, jeśli Pan powie, że trzeba uchwalić, to uchwalą.
- Jak na takie oczekiwania to trochę mało – Łysy odwrócił głowę w stronę koperty
- To pierwsza rata, jak się interes rozkręci to będą następne – Wąsaty był przygotowany – To ile?
- Dwadzieścia.
- Czego?
- Procent.
- Góra dziesięć – Wąsaty był stanowczy – i to płatne dopiero jak się zwrócą wszystkie poniesione koszty.
- Niech będzie dziesięć, ale płatne jak ruszy interes – nie dawał za wygraną Łysy.
- Zgoda, ale sprawa musi być załatwiona szybko.
- Załatwię, nie takie rzeczy przepychamy, tylko teraz potrzebuję bardzo dokładnych informacji – Łysy był rzeczowy – Proszę mi podać konkrety.
I wtedy stało się coś dziwnego. Na blat stolika najpierw opadły dwie duże dłonie, potem ciężko spoczęła na nich głowa Wąsatego. Potrącone filiżanki podskoczyły z brzękiem, cukiernica potoczyła się rozsypując cukier.
- O ku......., znowu to samo - zaklął ktoś w ciemności.
- Bo ty Józek, to nie masz cierpliwości do lalek – rozległo się gdzieś z góry – Idź, zapal sobie, kawy się napij, to chwilę potrwa zanim te cholerne sznurki rozplączę. Aha, wejdź jeszcze do pracowni i powiedz, ze za chwilę przyjdę. Niech mu wreszcie włosy przykleją. Pojutrze premiera.
Whitch jest offline  
Stare 10-01-10, 22:34   #5
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Wyglada na to, że tylka ja coś dokładam

***BAJKA***

Padało. Dzień był pochmurny, wietrzny, prawdziwy listopad. Szedł ulicą zły na siebie i na cały świat. Poranek, jak zwykle, zaczął się fatalnie. Budzik nie zadzwonił, koszula miała pomięty przód, a kiedy próbował ją odprasować, oberwał dwa guziki przy samym kołnierzyku, no i oczywiście, jak co dzień, poparzył się pitą w pośpiechu herbatą. Spóźnienie do pracy stawało się powoli rutyną. W drzwiach biura minął wychodzącego szefa, który na usłużne „Dzień dobry”, burknął coś o zaniedbywaniu obowiązków służbowych, pognał więc czym prędzej do swojego pokoju. Usiadł przy nie lubianym biurku i wyciągnął nie lubiane papiery. Robota mu nie szła. Czas się dłużył i oczywiście Mariola z finansowego znowu nie przyjęła zaproszenia na kawę, sugerując, że lepiej by mu zrobiła woda i to lana bezpośrednio na głowę. Natarczywy petent zatrzymał go w pracy dodatkowe 5 minut i oczywiście spóźnił się na przystanek. Zdążył tylko uderzyć pięścią w zamknięte drzwi autobusu, uzyskując jedynie tyle, że ruszający pojazd ochlapał go błotem i brudną wodą, która rdzawymi zaciekami spływała teraz po płaszczu i spodniach. Wlókł się więc opustoszałą ulicą, zły, zmarznięty i w przemoczonych butach. Oczywiście nie miał parasola. Świat wydawał się drwić z takich nieudaczników, którym tak naprawdę nie udało się w życiu i nigdy i nic. Przestał się nawet spieszyć, za to oglądał wystawy sklepów i witryny dużych magazynów mody. Wiele z nich miało już świąteczny wystrój. Idąc tak, zauważył małe, niepozorne drzwi, z równie małą i niepozorną wywieszką „ Biuro pisania życiorysów. Otwarte”. Zaintrygowany, nacisnął klamkę. Pomieszczenie było małe, ale ciepłe i przytulne. Wysoko umieszczona żarówka dawała niewiele światła, za to lampa stojąca na biurku świeciła jasno i wesoło, wydobywając z półmroku i biurko, i mężczyznę, który przy nim siedział. Mężczyzna miał wygląd dobrotliwego staruszka. Okrągłą twarz ozdabiały mu posiwiałe wąsy i druciane okulary, zsunięte na sam czubek świecącego nosa. Kiedy na widok wchodzącego, podniósł się z krzesła, można było spostrzec, że jest niewysoki, za to ubrany bardzo starannie. Rozpięta marynarka markowego, szarego garnituru odsłaniała beżową kamizelkę i białą koszulę. Muszka, noszona zamiast krawata, miała kolor dojrzałych wiśni.
- Dobry wieczór – odezwał się na powitanie – czym mogę służyć szanownemu panu?
- Dobry wieczór – odpowiedział machinalnie przybysz i szczerze dodał – Czy pozwoli pan, że wejdę na chwilę? Uciekł mi autobus, nie mam parasola i przemoczyłem buty – wyrecytował jednym tchem chcąc się usprawiedliwić.
- Szanowny pan usiądzie, nie mam dzisiaj wielu interesantów - zaprosił gościnnie staruszek, wskazując krzesło, stojące naprzeciwko biurka – może napije się pan ze mną kawy? – i nie czekając na odpowiedź podreptał do mini kuchenki, urządzonej we wnęce pomieszczenia. Zabrzęczały filiżanki, zabulgotała woda.
Przybysz z ciekawością rozejrzał się po maleńkim biurze. Naprzeciwko oszklonych drzwi wejściowych, stało biurko. Na nim maszyna do pisania, nie żaden komputer, ale prawdziwy, stary Remington. Za biurkiem szafa biblioteczna mieściła teczki, książki, poukładane równiutko papiery i segregatory, wszystkie w kolorze niebieskim. Na ścianach zaś, wisiały fotografie. Twarze na fotografiach wydały się przybyszowi znajome. Ależ tak. To byli ludzie z pierwszych stron gazet. Posłowie, ministrowie, biznesmeni, liderzy partii politycznych, działacze sportowi. Na ścianach wisiały dziesiątki fotografii.
- Widzę, że podziwia pan moją kolekcję – Staruszek niósł dwie filiżanki z parującym ciemno brązowym płynem. – To wszystko moi klienci. O, przepraszam nie przyniosłem cukru – podreptał z powrotem do kuchenki – Pan zdejmie płaszcz, łatwiej się pan rozgrzeje.
Przybysz zdjął płaszcz i z jeszcze większą ciekawością popatrzył na wiszące na ścianach fotografie – Zaintrygował mnie pan. Klienci? Pan im pomagał napisać życiorys, po co? Tacy ludzie nie potrzebują życiorysu.
- O i tu się z szanownym panem nie zgadzam – Staruszek postawił na biurku cukiernicę i talerzyk z herbatnikami – Życiorys musi pasować do człowieka jak dobrze uszyty garnitur, musi mieć odpowiedni krój, fason no i oczywiście kolor. Bez odpowiedniego życiorysu nie ma człowieka, nie ma stanowiska, zaszczytów, władzy, nie ma nawet pieniędzy.
- Przyznam się, że nie rozumiem
- To w sumie bardzo proste – uśmiechnął się życzliwie staruszek – Człowiek na odpowiednim stanowisku musi mieć odpowiednie pochodzenie. Dajmy na to minister.
- Ten? – zapytał przybysz wskazując najbliższą fotografię.
- No, z tym niewiele miałem pracy, ot dać mu wyższe wykształcenie, naprawić pochodzenie dziadka ze strony matki i po wszystkim. Ale proszę mi wierzyć są dużo trudniejsze przypadki – tu staruszek kiwnął głową w stronę największej fotografii wiszącej na honorowym miejscu – to moje największe osiągnięcie.
- Niemożliwe, przecież to jest.....
- Teraz jest, ale proszę szanownego pana, ile to ja się musiałem napracować, żeby się stał. I daty i miejsca, rodzice, przyjaciele, wykształcenie, zawód wyuczony i wykonywany, charakter, upodobania, koneksje, znajomości, układy, można powiedzieć, że stworzyłem tego człowieka od nowa.
Przybysz wyglądał na zdezorientowanego – Nie rozumiem, pan im daje fałszywą tożsamość?
- Nie fałszywą, drogi panie, nie fałszywą, tylko taką, która pasuje do stanowiska, jakie chcą zająć, albo do pieniędzy, jakie chcą zrobić, lub z jakiegokolwiek innego powodu. Proszę mi wierzyć, każdemu jestem w stanie dać taki życiorys, jaki jest mu potrzebny. Jest to oczywiście kwestia mniejszego lub większego nakładu mojej pracy, a zatem zasobności portfela interesanta, ale cóż ja też muszę z czegoś żyć. A pan szanowny niczego nie potrzebuje? Może mógłbym w czymś pomóc?
- Ale ja mam bardzo mało pieniędzy
- Och, drogi panie, potrafię zrobić coś dla każdego, to nie musi kosztować od razu dwa tysiące czy pięć. Za mniejszą kwotę można poprawić oczywiście mniej, ale zapewniam pana, zawsze warto.
- Mam tylko dwieście złotych – przybysz przeliczył pieniądze w portfelu – Pojutrze wypłata, a jutro chciałem sobie kupić nowe buty – wyraźnie się zawahał – co mógłby pan dla mnie zrobić za dwieście złotych?
- To może, ja pana najpierw o coś spytam. Proszę mi powiedzieć, ale szczerze, co chciałby pan robić, czym się zajmować, może polityka, może stanowisko kierownicze?
- Mam takie niespełnione marzenia – przybysz uśmiechnął się do własnych myśli. - przewodniczący jakiegoś niewielkiego ugrupowania, nie żeby od razu partia polityczna, może związek albo stowarzyszenie, posłuch u ludzi, uznanie,...
- O, to nic trudnego, zapewniam. Proszę mi jeszcze powiedzieć w jakiej dziedzinie życia czy przemysłu, a może handlu szanowny pan chciałby się specjalizować?
Przybysz zamknął oczy – zawsze marzyły mi się podróże, klimat dworców kolejowych, stukot kół pociągów dalekobieżnych. O, przepraszam rozmarzyłem się – usiadł prosto na krześle i uważnie przyjrzał się staruszkowi – Dwieście złotych wystarczy?
- Wystarczy, nawet policzę szanownemu panu sto pięćdziesiąt. Teraz tylko ustalimy szczegóły, spiszemy umowę, a od jutra, od samego świtu będzie pan innym człowiekiem.
Wracał do domu w świetnym humorze. Naciągnął mnie, myślał, stary zwyczajnie mnie naciągnął, ale dziwnie mu to nie przeszkadzało. Wrócił do mieszkania, wziął gorącą kąpiel, położył się do łóżka i prawie natychmiast zasnął.

Coś potwornie śmierdziało. Odór niemytych ciał i nie pranych ubrań mieszał się z fetorem starego moczu i zatęchłym zapachem nie wietrzonego dawno pomieszczenia. Otworzył niepewnie oczy. Pochylony tuż nad nim, bezzębny staruch w łachmanach rechotał ku uciesze rzeszy zgromadzonych wokół obdartusów.
- Stary, wstawaj. Od wczoraj jesteś naszym nowym przewodniczącym. Przewodniczącym Stowarzyszenia Bezdomnych, Koczujących na Dworcu Zachodnim.
Whitch jest offline  
Stare 26-01-10, 22:41   #6
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Chyba jestem tu sama:

Dorzucę jeszcze kawałek:

***BAJKA***

Kalosz tkwił pośrodku świeżo wyasfaltowanego parkingu. Była środa wczesnym rankiem. Brygadzista przyjrzał się krytycznie temu dziwnemu zjawisku i ocenił odległość od brzegu asfaltu do kalosza. Za daleko, żeby doskoczyć, za daleko, żeby dorzucić. Zresztą na asfalcie nie widać było, poza kaloszem, żadnych innych śladów. Przez chwilę popatrzył raz jeszcze na wątpliwą ozdobę dwudniowej pracy całej załogi, i podjął, jak się wydawało, jedynie słuszną decyzję.
- Chłopaki, jeden z maszynką do wycięcia tego paskudztwa, poczekajcie tylko aż asfalt stwardnieje. Reszta nie gapić się. Do roboty.
Około południa asfalt stwardniał na, tyle, że można już było podejść do znaleziska bez pozostawiania śladów i podjąć akcję wycinania. I tu wyłonił się kolejny problem. W kaloszu tkwiła stopa. Na wszelki wypadek wezwano policję. Ekipa pod dowództwem nadkomisarza przybyła bardzo szybko. Lekarz sądowy w mig zbadał dziwne znalezisko. Stopa nie jest ludzka – oświadczył - wygląda na oderwaną od jakiegoś manekina, lub, co najmniej bardzo dużej lalki. Kalosz, wraz z nieludzką stopą, wycięto i położono świeży asfalt. Sytuacja wyglądała na opanowaną, gdy posterunek policji zaalarmowało nowe zgłoszenie. Na rondzie, w centralnym punkcie miasta, pojawiła się nagle damska noga, oderwana w pachwinie. Noga była szczupła, zgrabna i obuta w pantofel na bardzo wysokim obcasie. Przyjęto meldunek i ekipa ponownie wyjechała zbadać znalezisko. Tak, jak w przypadku kalosza, tu również, okazało się, że noga nie należy do człowieka. Nietypowymi przypadkami znalezionych nóg zainteresował się sam komendant policji i kazał wezwać specjalistę z dziedziny daktyloskopii. Specjalista posypał proszkiem obydwa eksponaty, poddał je szczegółowym oględzinom i stwierdził, iż są na nich jakieś linie, ale jeśli miałyby to być linie papilarne człowieka, to jego palec byłby wielkości słoniowej stopy. Tymczasem z miasta zaczęły napływać kolejne, niepokojące meldunki. W nadrzecznym parku znaleziono dwie stopy w eleganckich, męskich lakierkach. Na stadionie objawiła się noga w bucie narciarskim, przed Ratuszem znaleziono ciepły bambosz, oczywiście z zawartością. Sytuacja wydawała się niepokojąca. Specjaliści z Instytutu Meteorologii zgodnie orzekli, że niemożliwy jest naturalny opad w takim kształcie. Szukano, więc świadków. Ci, którzy coś widzieli, twierdzili, że znaleziska pojawiały się nagle i jakby znikąd. Dano ogłoszenie do prasy, obiecano wysoką nagrodę, każdemu, kto wniesie coś nowego do śledztwa. Zgłosiły się dwie osoby. Dama, podająca się za wróżkę, i czytająca przeszłość i przyszłość, ze szklanej kuli, oraz staruszek z prawdomówną papugą. Komendant osobiście udał się z wizytą do domniemanej wróżki. Długotrwałe wpatrywanie się w szklaną kulę, rzuciło cień na nieposzlakowaną dotąd opinię pani komendantowej, ale nie posunęło śledztwa ani o krok. Pozostawał staruszek z papugą. Papuga wprawdzie bardzo trafnie przepowiedziała pogodę na następny dzień, ale ten fakt również nie wniósł nic nowego do prowadzonego śledztwa. Pozostawało tylko czekać na jakiś nowy trop.


- Mamo!!! Mamo!!! – Rozpaczliwy krzyk dziecka wyciągnął matkę z kuchni. Wbiegła do dziecinnego pokoju, w pośpiechu wycierając ścierką umączone ręce.
Pięcioletnia dziewczynka stała na środku pokoju, tuląc do piersi lalkę bez jednej nogi i zanosząc się spazmatycznym szlochem.
- Co się stało? – Matka przyklęknęła obok córki. – Nie płacz już, tylko powiedz, co się stało. – Objęła dziewczynkę i przytuliła do siebie.
- Bo on mi wszystko popsuł – dziecko machnęło rączką za siebie, wskazując siedzącego na dywanie ośmioletniego chłopca – I Barbie, i Kena, i Matyldę – łzy znowu popłynęły grochem po okrągłej buzi. – Oberwał im nóżki.
– Czy mógłbyś mi to wyjaśnić? - Oczy matki pytająco zwróciły się na syna. - Dlaczego znowu dokuczasz siostrze, przecież jest od ciebie młodsza.
- Ja nie chciałem jej dokuczyć, a w ogóle to wszystko przez Bartka – Chłopiec zacisnął usta nieskory do dalszych wyjaśnień.
- Nie rozumiem. Co ma z tym wspólnego twój kolega ze szkoły? Przecież go tu wcale nie ma.
- Bo on ma taką nową grę komputerową Sim City, i tam jest miasto i takie ludziki, jak prawdziwe, i on powiedział...
- Co powiedział?
- Że jak tam się coś wrzuci, no, do komputera, coś czego tam nie ma, to te ludziki będą się śmiesznie zachowywać.
- Zaraz, zaraz, i ty dałeś się na to namówić? Chcesz powiedzieć, że oberwałeś nogi, lalkom twojej siostry i wrzuciłeś do komputera?
- No, to było pod ręką, i miało być śmiesznie.
- I było śmiesznie?
- Nie wiem, komputer się zepsuł.
Whitch jest offline  
Stare 02-02-10, 10:57   #7
Whitch
..::Global sDcv Mod::..
 
Awatar Whitch
 
Dołączył: Dec 2009
Posty: 3,618
Rozdane podziękowania: 200
Podziękowano mu 160 razy
Siła reputacji: 177
Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch Whitch

Awards Showcase

Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Dzisiaj coś z gruntu innego, tekst stylizowany na "sienkiewiczowski", popełniony "ku uciesze" czytelników, a pisany już lat temu parę na "zamówienie"
Tekst w założeniu lekki i śmieszny wymagał jednak poszukania w odpowiedniej literaturze, określeń "specjalistycznych", adekwantych do epoki. Tutaj za źródłosłów posłużyła praca zbiorowa "Miłość staropolska"

Życzę miłej lektury zwłaszcza, że tekst wcześniej nie był nigdzie publikowany (nawet na moim blogu)

Warszawa dn 05.01.2002


„Ukłon w stronę sienkiewiczowskiej panny”
Temat sam w sobie ciekawy i aż świerzbi pióro by go potraktować choćby jednym kleksem, czy innym wyróżnikiem, obszerny na tyle by zeń zrobić doktorat co najmniej, a myślę, że i humoru w nim nie zabraknie. Po soczystości i dosłowności ostatnich tekstów, po jurności ich epiki, spróbujemy podejść do problemu bardziej literacko i nieco mniej dosadnie, pozostawiając Odbiorcy możliwość czytania między wierszami lub prościej, szukania w odnośnej literaturze lub odpowiednim słowniku, czołem więc Waszmości i do pracy.
„Ukłon w stronę sienkiewiczowskiej panny”, tytuł nie jest przypadkiem. Wystarczy mocniej zagłębić się w lekturę, obowiązkową już w szkole podstawowej, by bez trudu dostrzec, iż wszelkie zainteresowanie, ów tytułowy ukłon, przynależy wyłącznie pannom (z jednym wszakże wyjątkiem). Mężatki leżą odłogiem, niejako poza kręgiem zainteresowań i to zarówno bohaterów powieści jak i samego autora. Stateczna mężatka, cna niewiasta, to po prostu baba, przynależna mężowi i oddana mu „pod kuratelę” by pomnażać jego dobytek z potomstwem, w tym koniecznie linii męskiej, włącznie. Zapomniana od dnia ślubu, prawie bezpostaciowa, za to o czystym i prostolinijnym charakterze, obiekt o tyleż niewdzięczny, że na żadne przygody, poza mężowskimi kaprysami, nie narażony, a wymieniany jedynie z okazji kolejnego poczęcia. Jak wcześniej zaznaczyłam z jednym wyjątkiem, wyjątkiem owym była niewątpliwie Baśka Wołodyjowska, którą już jako mężatkę, Azja Tuchajbejowicz porwał i stepy chciał do stóp jej rzucić, w zamian wszelkich bezeceństw i wszeteczności pozamałżeńskich oczekując. Srogo zresztą za to i za inne niegodne uczynki został ukarany, i to w sposób wielce spektakularny i widowiskowy, zwłaszcza dla wszystkich, lubiących drastyczne sceny czytelników. Przygotowano mu bowiem na tę okoliczność, świeżo zastrugany i zaostrzony kołek.
Panna zaś, długowłosa, wiotka jak „lelija”, lub zgoła „w sobie krzepka”, słynne rozgniatane na ławie orzechy, brunetka, lub przetowłosa, koniecznie dziewica, dziewictwo traktowano bowiem jako jednoznaczny wyróżnik panieństwa. Jak łatwo zauważyć atrakcyjność panny mierzona była tym właśnie parametrem. Atrybut ten konieczny był zarówno do wielkiego miłowania, do porwania ukochanej, uwięzienia, do bicia się na szabelki i innych tym podobnych ekscesów, a nieodzowny wręcz do ślubów, ze ślubami wieczystymi nie mylić. Bez ślubu mógł niewolić jedynie Turek, Tatarzyn lub inny pohaniec, bohater „sienkiewiczowski” przywilej defloracji rezerwował koniecznie na noc poślubną, niejako w nagrodę za to, że wszystkie przygody przeżył, ze wszystkich opresji się wymknął, i wszelkich przeciwników „w polu zostawił, a pannę urodziwą, a czystą do cna w sobie rozmiłował, do nóg jej upadł, przecie i krwi przelanej dla Ojczyzny nie żałując”. Pannie, oczywiście cnotliwej, zostawały dwie drogi do wyboru: mąż, jeśli z własnego, a nie przymuszonego wyboru, to pół biedy, i klasztorna furta. Zważywszy na relatywność upływającego wówczas czasu, panna wiele do namysłu nie miała. Wiosen 20 mając już była w „leciech”, po 25 roku życia zostawała starą panną, a mając 30, nie miała ani szans, ani widoków już żadnych. Najlepiej dla panny było mieć lat 15 – 18, (nasz wspaniały Autor swoją miarą wiek pannie liczył, poczuła już wolę bożą, czy nie poczuła, nadawała się już do zamęścia, czy też nie), być bogatą dziedziczką odpowiedniej ilości wsi i koniecznie sierotą, oddaną pod opiekę ciotki, lub innej statecznej niewiasty, najlepiej krwi co najmniej książęcej. Kolorem panny, jak i kolorem jej niewinnego łona, była biel. Panna niewinna, i koniecznie biała „nałęczka” potrafiły zdziałać wiele, o czym przynajmniej jeden z „sienkiewiczowskich” bohaterów mógł się przekonać, życie od katowskiego topora ratując. Hołd składany pannie był zatem na miarę jej urody, przymiotów ciała i charakteru, a także ilości posagowych wiosek i odpowiednich, a rozlicznych, koligacji. Nasza bohaterka „sienkiewiczowska” panna, zajęcia miała rozliczne, w przerwach między jednym porwaniem, a drugim, leczyła swoje skołatane obawami nerwy, pohańbi porywacz, czy nie pohańbi, grą na luteńce i haftowaniem na tamborku, modliła się też często, a to i gorliwie i szczerze, na ogół potrafiła również jeździć konno i oczywiście w kolasce, a pozostałą ilość wolnego czasu użytkowała ma marzenia i rozmyślania o ukochanym, który na ogół zawsze był daleko i musiał najpierw sprawy wagi państwowej szablą lub innym żelastwem rozwikłać, nim na stałe do swej lubej powrócił i jak Pan Bóg przykazał, przed ołtarzem zaślubił.
I na zakończenie opis, w języku stylizowanym na staropolski. Tekst poniższy nie jest cytatem, nie jest również zapożyczeniem, choć słownictwo, zwłaszcza dotyczące spraw powszechnie zwanych intymnymi, zaczerpnięte zostało, wprost z epoki, w tym zarówno z literatury jak i folkloru.

Zeszli się tedy na gościńcu, bo to i czas najwyższy był po temu, i rozmówić się koniecznie trzeba było. A, że dzień targowy był właśnie, siła ludzi i zaprzęgów gościńcem podążała, były i chłopskie furmanki i szlacheckie bryczki, nawet i powóz książęcy się przytrafił. Pilno przeto szukać poczęli sposobniejszego do rozmowy miejsca i cichszego, a to i ludziom trzeba było co prędzej zejść z oczu, aby panny na złe języki nie narażać. Znaleźli też i na koniec szopę otwartą, co przy drodze stała, w której na czas zimy i słomę, i siano kmiot z pobliskiej chałupy zachował, i wszedłszy do środka, a drzwi mocnym drągiem zaparłszy, żeby nikt obcy im w spotkaniu nie przeszkodził, rozmawiać ze sobą poczęli. Panna jako, że wielce cnotliwa była i w skromności wielkiej chowana, daleko od młodzieńca usiadłszy, kolana rękami objęła i cicho mówić poczęła. Młodzieniec zaś, zrazu daleko o stertę słomy się oparł i odpowiadał szybko i bez wahania, na każde panny słowo. A im dłużej rozmowa trwała, tym bliżej do panny się przysuwał, tym ciszej mówił, tym miłośniej w oczy jej poglądał, aż i na koniec, tuż koło niej przypadł, jedną ręką w pasie ją objąwszy, drugą mocno za rękę ścisnął, a do ucha coraz szybciej mówić począł. Od słów jego gorących, a namiętnych i panna gorącość w sobie uczuła i jakoby ją ktoś warem oblał tak i rumieńcem spłonęła, a rumieniec ów powoli z lic i na czoło, i na szyję wypełznął. A im więcej słów namiętnych a miłosnych, było, tym i panna niemoc wszechwładną więcej poczuła, i gorącym pocałunkom przestała się wzbraniać i ręce coraz śmielej pod suknią błądzące odpychać. A on jakby tylko tego czekał. Znany był z niego fechmistrz i biegły w swej sztuce, co to tę rzecz z niejedną cnotliwą panną i stateczną mężatką czynił, a bałamutnik był z niego okrutny, taki, że i pobożna mniszka z pobliskiego klasztoru mu się oprzeć nie zdołała. A im mocniej pannę ściskał, im ciaśniej obejmował i mocniej nogi jej rozwierał, tym panna bardziej bladła. Rumieniec jej zgasł szybko. Pobladłszy jak chusta, z przymkniętymi oczami i ustami, które coś bezgłośnie szeptać poczęły, wydawać się mogła śmierci bliższa, niż mocarnym ramionom i chutliwym lędźwiom miłośnika swego. A on i coraz śmielej i odważniej sobie poczynał, panna zaś błogą niemocą ogarnięta i całkiem bronić się przestała, a powolnością jego zamiarom, tym większą popędliwość w jego lędźwiach wznieciła. Scałował jej usta do krwi prawie, w pasie mocniej obłapił, a dobywszy spod sukni drażniątka, ręce i oczy nimi cieszył, ustami i językiem smakował, jak ciasto w dzieży miesił, a potem jak kot do mięsa, do kądziołki się dostawszy, z wielką lubością młynkować zaczął, sapiąc przy tym, niczym miech kowalski, i nie skończył, póki sobie ze wszystkim nie pofolgował, nie bacząc nawet i na to, że panna prawie bez czucia leży i ledwo dychać może. Przywrócił ją przeto z omdlenia do przytomności, ale może i nie warto było, bo panna spazmów dostała, na przemian błagając, by teraz koniecznie jej ślubował, na przemian grożąc, że się życia pozbawi lub do klasztoru wstąpi. Próżno było jednak bałamutnika błagać, próżno swawolnika do ślubu przymuszać, próżno łzy lać i na sromotę własną wyrzekać, tak już i ze wszystkim i po wszystkim było.

Utworek pisany na wyraźne zamówienie Odbiorcy
Whitch jest offline  
Stare 31-07-11, 21:01   #8
Nordbard
..:: Member ::..
 
Awatar Nordbard
 
Dołączył: Jul 2009
Skąd: Nord Kingdom
Wiek: 29
Posty: 127
Rozdane podziękowania: 36
Podziękowano mu 9 razy
Siła reputacji: 45
Nordbard
Domyślnie Odp: Nieśmiałe próby wszelakiej prozy

Nie jestem pewny, czy mi też będzie co nieco dorzucić, gdyż autorka tematu jednoznacznie zwróciła się do damskiej części forum, jednakowoż dołączę swój wstęp do opowiadania, który napisałem jakiś czas temu (i nie muszę dodawać, że póki co na samym wstępie zakończyło się :E). Dosyć mroczny, industrialny klimat. Mam nadzieję, że komuś się spodoba ;)

Tego dnia nie było żadnych niespodzianek. Zmęczeni, śpiący i niezdolni do większego wysiłku wyszli z hali, brudni tak, że pocierając się o ręce wytwarzali czarne wałki brudu, wyszli po kolejnej przepracowanej zmianie.
Wczoraj nie wracali tacy zmęczeni pracą. Wczoraj zbyt dużo czasu zajęły im przesłuchania, by mogli poczuć tak dobrze im znane wycieńczenie.
Trzydzieści osiem lat... Tyle upłynęło przełożonemu zbrojarzy na pracy w tej przeogromnej fabryce, jednej z wielu na świecie należących do gigantycznej korporacji Tahinilixx. Manson Berg, bo tak się zwał, padł ofiarą śmiertelnego wypadku. Niestarannie ułożone blachy w każdej chwili groziły zawaleniem, kwestią czasu i przypadku było więc, kto odczuje efekt błędu robotów.
Dziś jednak pracowali w pełnym składzie. Manson Berg, a w każdym bądź razie osoba o jego wyglądzie, głosie, ruchach, sile i obdarzona jego pamięcią. Jego głowa była ponownie na miejscu, lecz owego zjawiska nikt ani nie chciał, ani nie mógł wyjaśniać. Wszystko więc wróciło do normy, "nowy" Manson pracował tak jak kiedyś.
Wśród wychodzących z hali był m.in. Ernest Kagr. Stojąc w tłumie wychodzących i kontrolowanych przez strażników zmęczenie stopniowo zastępować zaczynał niepokój i lęk. Dziewięć godzin, jakie dzieliły go przed następną zmianą, i które będą dzielić tą następną przed jeszcze następną, muszą mu codziennie wystarczać na powrót do domu, opiekę nad chorą Vivian, jego żoną i odpoczynek, który w takich warunkach niezwykle ciężko odnaleźć.
Mijając furtkę fabryki pospieszył czym prędzej do autobusu, jak zwykle z resztą zatłoczonego, lecz należało zadbać o to, by w ogóle się na niego załapać. Gdyby ktoś dotarł za późno, najzwyczajniej w świecie nie zmieściłby się w tym niezwykłym ścisku.
Ucieszony faktem, iż tego dnia udało mu się wyjść z fabryki najwcześniej jako jeden z dwudziestu, ruszył szybkim krokiem ku przystankowi. Wnet zatrzymał go strażnik w zielonym, szczelnym kombinezonie:
- Zaczekaj chwilę, nie spiesz się tak! Potrzebujemy więcej ludzi, niż początkowo wyliczyliśmy. Musisz zostać teraz, jeszcze przez trzy godziny.
- Trzy godziny??? - w oczach Ernesta pojawiła się panika pomieszana z gniewem - Dopiero co skończyłem trzynastogodzinną zmianę, jestem wyczerpany! - Ernest ugryzł się w język, bowiem doskonale wiedział, jaki na to zna się w tym miejscu sposób - To znaczy... dużo już pracowałem po godzinach. Czy naprawdę ja muszę...?
- No co się głupio pytasz, gdybyś nie musiał, to bym ci nie zawracał dupy! A teraz wracaj migiem, zanim włączą ponownie maszyny!
Ernest wiedział, że protesty na nic się zdadzą.
- Tak, ja... tylko wykonam jeden telefon i już wracam na swoje miejsce...
- Więc nie trać czasu!
Po jakże upokarzającym telefonie do domu wyjaśniającym, że tej doby nie wróci już do domu, Ernest ponownie przebrał się w robocze ubranie i zrezygnowany skierował się w stronę wejścia do dobrze znanej hali. Ernest nie powiedziałby w żadnym razie, ani nawet nie pomyślał, że znienawidzonej. On już dawno stracił umiejętność trafnego określania swoich uczuć. Wypaczenie, jakiemu uległ jego umysł, pozbawiło go tego raz na zawsze. Był, jak miliony innych, tylko pionkiem na przeogromnej szachownicy.

- Och, dlaczego dziś? Dlaczego akurat dzisiaj nie mógł przyjść do domu? – powtarzała zalana łzami Vivian Kagr. Kiedy Ernest musiał zostawać dłużej w fabryce, nie wracał już do domu, bo raz, że żaden autobus już by go nie zawiózł, a poza tym każdy potrzebował snu, więc w dniach takich jak ten Ernest po prostu spał w magazynie. Teraz jednak był jej potrzebny bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
Nadszedł bowiem czas rozwiązania dla Vivian. Była tak wychudzona przez choroby i niedożywienie, że wiecznie zmęczony i zajęty Ernest nie miał jak tego zauważyć. A ona nie miała sumienia, by mu o tym powiedzieć. Odkładała to w nieskończoność, a teraz miała go postawić przed faktem dokonanym. I to po tylu godzinach niewolniczej pracy!
Oboje bardzo uważali, by nie dopuścić do spłodzenia dziecka. Jednak najwyraźniej zmęczeni jedno chorobą, drugie pracą, zapomnieli o środkach ostrożności, czego owoc miał się teraz narodzić.
Vivian była niesamowicie słaba. Nie miała absolutnie nikogo do pomocy, była zdana jedynie na siebie. A jeśli nie przeżyje? I dziecko pozostanie tyle godzin bez opieki? Przecież ono też umrze! A jakiego szoku dozna Ernest, takiego ciosu za wszelką cenę musiała mu zaoszczędzić!
Zebrała w sobie wszystkie siły, jakie jej zostały i z mocnym postanowieniem, że wytrzyma czekający ją ból, zacisnęła zęby i wyczekiwała nadejścia tego, co zakiełkowało niecałe dziewięć miesięcy temu.
Wszystko odbyło się szybko. Kolejny, śmiertelnie bolesny skurcz. Cichutkie kwilenie, które po chwili ustało. Potem cisza. Cisza i wieczny sen.

Ernestowi nie dane było doznać szoku, jakiego oszczędzić mu chciała jego ukochana. Wypadki na hali zdarzały się średnio dwieście razy w roku, a tego dnia kolej wypadła właśnie na niego. Stara drabina od dawna już zawodziła i nie stanowiła niezawodnej pomocy. Na takie rzeczy jednak nie zwracało się uwagi, świeżo upieczony ojciec więc nie zorientował się, kiedy wylądował na ostro zakończonym, pionowo postawionym palu, przeszywającym go na wylot.
Tak więc mała istotka, której nawet nikt nie zdążył nadać imienia, w dniu swoich narodzin została jedną z najmłodszych sierotek świata.
Nordbard jest offline  



Narzędzia wątku


Witaj na Sdcv.pl! - Najlepszym forum komputerowym!
Zarejestruj się, a gdy tylko aktywujesz swoje konto, będziesz miał(a) pełny dostęp do zawartości forum!
Nowe znajomości i ciekawe dyskusje, są na wyciągnięcie ręki !



Powered by vBulletin®
Copyright © Sdcv.pl 2007 - 2019
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:10.